Wojciech Letki

3366

Przeprowadził się z Warszawy do Piaseczna w 2000 r. Pisanie było dla niego zawsze czymś w rodzaju ekstrawaganckiego hobby; zarabiał na chleb jako grafik komputerowy-layouter w redakcjach czasopism.

Dorobek opublikowany:

  •  67 słuchowisk radiowych (20 dla dorosłych i 47 dla dzieci), zrealizowanych przez Teatr Polskiego Radia,
  • opowiadania i wiersze publikowane w prasie oraz antologiach, – powieść kryminalna „Zbrodnia prawie doskonała“ (1975 r.), – powieść historyczna dla młodzieży „Nie tylko buławą…“ (1998 r.), – tom opowiadań „Pocztówki z innej planety” (2014 r.),
  • książka dla dzieci „Bazyliszka, i nie tylko, historia prawdziwa” (2015 r.),
  • książka dla dzieci „Opowieści z dzikiej puszczy” (2017 r.),
  • książka dla dzieci „Zbójeckie historie” (2018 r.).

Nagrody:

  • Druga nagroda na IV Międzynarodowym Konkursie Słuchowisk dla Dzieci OIRT w Karlovych Varach (1984 r.) oraz Nagroda Specjalna „Złote Koziołki“ na VI Biennale Sztuki dla Dziecka w Poznaniu (1984 r.) za słuchowisko „Najważniejsze, to się nie łamać”. Słuchowisko to zostało następnie zakupione przez radiofonię niemiecką, węgierską i czeską, przetłumaczone i wyemitowane kilkakrotnie w tych krajach;
  • Wyróżnienie w konkursie Programu IV Polskiego Radia na słuchowisko popularnonaukowe (1985 r.) – za słuchowisko „Godność i dobre imię“ (biografia gen. Ignacego Prądzyńskiego);
  • Wyróżnienie w konkursie zamkniętym Polskiego Radia na słuchowisko dla młodzieży (1989 r.) – za słuchowisko „Noc w zamczysku czyli romans średniowieczny“;
  • Jedna z trzech równorzędnych głównych nagród w konkursie na komedię teatralną na Pierwszym Ogólnopolskim Festiwalu Komedii „Tarnowska Talia“ w Tarnowie (1997 r.) za sztukę sceniczną „Wizyta“;
  • Wyróżnienie na Festiwalu Słuchowisk Radiowych w Bolimowie (1999 r.) za słuchowisko „Uśmiech losu“;
  • Wyróżnienie na I Krajowym Festiwalu Teatru PR i Teatru TV „Dwa Teatry – Sopot 2001“ (2001 r.) za słuchowisko „Wydawnictwo Smuga“;
  • Wyróżnienie na III Krajowym Festiwalu Teatru PR i Teatru TV „Dwa Teatry – Sopot 2003“ (2003 r.) za słuchowisko „Zasiłek“;
  • II nagroda w konkursie zamkniętym Programu I PR na słuchowisko dla dzieci (2007) za słuchowisko „Babcia”;
  • III nagroda w tym samym konkursie zamkniętym Programu I PR na słuchowisko dla dzieci (2007) za słuchowisko „Szpital na krańcach bajki”.

Ponadto słuchowisko dla dzieci „Trzy siostry i krawiec“ zostało zakupione przez radiofonię słoweńską, przetłumaczone i dwukrotnie wyemitowane.

Wiersze:

JESIEŃ

To już jesień niestety. Ostatnie dni lata
trzepocą jak gołębie w bladym, pustym niebie.
Wiatr liście z zakamarków starannie wymiata
i kościstym paluchem w szparach okien grzebie.
Czasem deszczu kurtyna znienacka zapada,
świat za kratą gałęzi jak pusta wystawa…
Jesień, jesień, kochanie – i o czym tu gadać?
Miłość, miłość, kochanie, to poważna sprawa.

Warszawa 1984

Za drzewami dogasa słońca blask czerwony
Śnieg chrzęści w zębach mrozu jak świeża kapusta
W opustoszałym parku spacerują wrony
Niby czarni muzycy wśród lodowych luster

Piec jest nieco oziębły, lecz kiedy już śpimy
Rozchmurza się i błyska złotym zębem żaru
Za oknem gra cichutko szklana muzyka zimy
I dom sunie do świtu w zaprzęgu zegarów

Warszawa 1985

ZIMA

Wczesny zmierzch po horyzont sięga jak po swoje,
Za las, przetkany śniegiem niby futro wilcze.
Dobry los nas obdarzył tym ciepłym pokojem,
Gdzie tak miło nam czasem zwyczajnie pomilczeć.

Mróz tuli twarz do szyby, szczeka pies sąsiada;
Jest spokojnie, jak gdyby czas się tu zatrzymał.
Jodły śpią jak niedźwiedzie, a śnieg pada, pada…
Jesteś ze mną, ja z tobą i tak mija zima.

Otwock 1986

ZAPASY

Już złoty dzwon jesieni zabrzmiał nad ścierniskiem
Chmury ptaków i liści zerwały się z drzewa
Już poranki są mroźne a wieczory mgliste
I koci łeb księżyca nad przystankiem ziewa.
Idzie zima. Pęcznieją strychy i spiżarnie
Od konfitur, kompotów, kapusty, orzechów…
Bądźmy także przezorni, nim biel nas ogarnie
I schowajmy na zimę choć słoik uśmiechu!

Otwock 1986

PORANNE WYZNANIE

Wychodzę. Snem jak szalem otuliłaś głowę…
Wiatr ze wschodu rozpędził miast dalekich zapach.
Brzemienne autobusy na ugiętych łapach
Ciężko człapią przez wąwóz nocy kryzysowej.

Blady świt niby tajniak zagląda przez szparę.
Domy wolno unoszą sklejone powieki
A ja nad brudnoszarą galaretą rzeki
Piszę palcem po chmurach te trzy słowa stare:
„Wojtek kocha Ewę”.

Warszawa 1990

NOWY ROK

Tej nocy księżyc jest bezsilny.
Chowa wątły uśmiech
w chryzantemach fajerwerków.
Nagłe błyski demaskują domy
przytulone lubieżnie do siebie
i mgła muzyki wisi nad miastem.

Tej nocy zamykamy na klucz
Szafę pełną wspomnień.
Nie przydadzą się już do niczego.
Niektóre upychamy w głębi,
inne chętnie by się wyrzuciło.
Czasem drzwi trzeba
docisnąć kolanem,
tyle tego jest.

Klucz wrzucamy do nowej szafy,
jeszcze pustej.

Piaseczno 2015

SPISKOWCY
(Drugie miejsce w konkursie na opowiadanie o Piasecznie)

 

– Panie Heniu, ma pan gościa – powiedziała pielęgniarka, odłączając kroplówkę od wenflonu tkwiącego w żyle Henryka. – Trochę za późno na wizyty, ale pana tak rzadko ktoś odwiedza…
Henryk odstawił na szafkę talerz z resztkami jedzenia. Pociągnął łyk słabej, przesłodzonej herbaty. Ktoś delikatnie zapukał; spoza drzwi mignęła siwa CZUPRYNA Grzegorza.
– Można?
– Pan wchodzi – odpowiedziała pielęgniarka, mijając go w progu. – Najwyżej na pół godziny.
Grzegorz wszedł. Przywitał się i z widocznym roztargnieniem rozejrzał dookoła; widać było, że myślami jest gdzie indziej. Bez wstępów wyjął z kieszeni kurtki pogniecioną gazetę. Zamachał nią przed nosem Henryka.
– Widzisz pan, znowu chcą przyłączyć nasze Piaseczno do Warszawy. Wkurzyłem się! Jakiś cwaniak na tym zarobi a zwykły człowiek jak zawsze dostanie po tyłku!
Henryk wziął od niego gazetę, wlożył okulary i szybko przeleciał wzrokiem wskazany tekst.
– Bez sensu – mruknął. – Trzeba będzie oddawać podatki Warszawie, a co dostaniemy w zamian? Tańsze bilety?
Grzegorz entuzjastycznie potrząsnął jego ręką nie zważając na tkwiący w niej wenflon.
– O to chodzi! Ja właśnie do pana w tej sprawie. Nasze społeczeństwo nie może do tego dopuścić, trzeba je poruszyć, poprowadzić!
– Niby jak? – wzruszył ramionami Henryk. – Co my możemy? Przecież jesteśmy – pan wybaczy – dwa stare grzyby. Ja mam siedemdziesiąt lat, pan siedemdziesiąt pięć…
– Wolnego – oburzył się Grzegorz. – Dopiero skończę siedemdziesiąt cztery w listopadzie! To zresztą bardzo dobrze bo nasze pokolenie rozumie, czym jest prawdziwy patriotyzm. Już kiedyś o tym rozmawialiśmy. Pamięta pan OP?
Henryk roześmiał się serdecznie.
– Jasne, że pamiętam. Była z tym kupa śmiechu. OP czyli Obrona Piaseczna, nasza tajna organizacja która miała bronić miasta przed kolejnymi ciuchlandami. Kiedy to myśmy ją założyli? Ze cztery lata temu, na imieninach pańskiej małżonki. Mieliśmy nawet pseudonimy – ja byłem Czarny, a pan – Wilk.
– Słusznie, jestem komendant Wilk – poważnie odpowiedział Grzegorz. – Nie ma się z czego śmiać. Ogłaszam alarm!
Zdezorientowany Henryk wytrzeszczył oczy na swego gościa i dyskretnie wciągnął powietrze nosem. Grzegorz wyglądał trzeźwo. Wszystko to jednak wydawało się zbyt absurdalne, aby mogło być prawdziwe. Może jakaś ukryta kamera filmowała ich potajemnie?
– Panie Grzegorzu, czy pan nie przesadza? – wyjąkał. – Przecież ta organizacja to tylko wygłup, zresztą byliśmy wtedy na dobrej bani. Żartowaliśmy sobie. A ciuchlandów i tak przybywa!
– Nie „panie Grzegorzu” tylko „komendancie Wilk” – sprostował Grzegorz. – Co tam ciuchlandy, dziś chodzi o poważne sprawy! Leży pan w szpitalu, może pan odmówić, formalnie będę musiał to uznać. Jednak byłbym bardzo zawiedziony, bo pan służył kiedyś w wojskach pancernych a ja potrzebuję kogoś takiego. Może pan chodzić?
– Mogę, ale niezbyt daleko – ostrożnie odpowiedział Henryk. – A co do wojsk pancernych, to przecież pół wieku minęło od tego czasu…
Grzegorz przerwał mu niecierpliwym gestem.
– Nic nie szkodzi. Mamy plan, reszta oddziału czeka już na pana.
– Jaki znowu oddział? – zawołał Henryk – Przecież było nas tylko dwóch. Skaptował pan jeszcze kogoś?
– Pst, konspiracja – Grzegorz położył palec na ustach. – Zanim pana wtajemniczę, muszę mieć pewność, że idzie pan z nami. Jeśli nie, to jakoś sami sobie poradzimy. Nawet rozumiem pański brak zapału, bo pan przecież dopiero od dziesięciu lat mieszka w Piasecznie. Ale ja tu się urodziłem i tu chcę umrzeć, a nie gdzieś na przedmieściu Warszawy. Więc jak będzie, kolego Czarny?
Henryk pomyślał o monotonii i nudzie szpitalnego życia, regulowanego obchodami oraz kroplówkami. Rzucił okiem na kubek z resztą słabej herbaty – jutro dostanie taką samą, pojutrze też… Wspomniał ordynatora, który marszcząc brwi oglądał wyniki badań a na nieśmiałe pytania odpowiadał krótko „trzeba czekać”. Tutaj czas po prostu stał bez ruchu jak woda w sadzawce, zaś czekanie było treścią dnia. A jeśli Grzegorz zwariował? Tak czy inaczej ma zamiar wpakować ich w jakąś idiotyczną awanturę, to nie ulega wątpliwości. Ale ile takich awantur jeszcze przed nimi? Raczej niewiele…
– Idę, komendancie Wilk, niech się dzieje co chce – zawołał, siadając na łóżku.
– Dziękuję, kolego Czarny – powiedział Grzegorz z nieukrywaną ulgą. – Trzeba będzie na godzinkę wyjść ze szpitala. Ma pan jakieś ubranie?
– Mam dres i buty, powinno wystarczyć.
Henryk ubrał się szybko a na wierzch narzucił szlafrok. Tymczasem Grzegorz wyjął telefon i wybrał jakiś numer.
– Mówi komendant Wilk – rzucił do mikrofonu przyciszonym głosem. – Kolego Zielony, proszę podjechać pod szpital Świętej Anny.
Nie niepokojeni przez nikogo powoli zeszli na parter i wyszli z budynku. Zachodzące słońce do połowy skryło się już za dachami Piaseczna. W gęstwinie świerkowych gałęzi pobrzmiewały ostatnie, pożegnalne ptasie głosy. Henryk z przyjemnością wdychał świeże letnie powietrze, tak różne od szpitalnej atmosfery, przesyconej lękiem i zapachem lekarstw.
Stojący naprzeciwko wyjścia mały samochód zamrugał światłami.
– Wsiadamy – zakomenderował Grzegorz. – Tylko zdejmij już ten szlafrok, Czarny.
Henryk wcisnął się na tylne siedzenie, Grzegorz usiadł obok kierowcy. Był to bardzo młody chłopak, ubrany w kurtkę z kapturem. Wyglądał na kogoś, kto lubi dobrze zjeść.
– Poznajcie się panowie – dokonał prezentacji Grzegorz. – Kolega Czarny, kolega Zielony.
Zielony odpowiada u nas za transport.
– Dlaczego ja mam być Zielony? – obruszył się kierowca. – To niepoważne.
– Dlatego, że jesteś jeszcze zielony i nic nie wiesz o konspiracji – odpowiedział Grzegorz. – My z Czarnym pamiętamy stan wojenny, a ty co?
– A ja się narażam dla sprawy i biorę samochód ojca bez pytania. To mało? No wujku, przecież obiecałeś, że mi zmienisz pseudonim…
Grzegorz posiniał ze złości.
– Nie jestem teraz żadnym wujkiem dla ciebie, smarkaczu jeden! Musisz do mnie mówić: komendancie Wilk! Jasne? Też mi konspirator… No i jaki pseudonim chcesz mieć?
– Chcę się nazywać Szybki – szepnął kierowca.
– No dobrze, niech ci będzie. Marnujemy czas na głupstwa a Czarny za godzinę musi być z powrotem w szpitalu. Ruszaj, Szybki, najpierw pojedziemy ulicą Sierakowskiego do rynku, chcę wam coś pokazać.
– Tak jest, komendancie Wilk – wykrzyknął rozpromieniony Szybki dodając gazu.
Samochód ruszył, zakołysał się na wybojach i skręcił w najbliższą przecznicę. Henryk uświadomił sobie, że bardzo słabo zna tę część miasta. Nie umiał nawet wymienić nazw mijanych właśne uliczek. Gdy jeszcze pracował, kursował głównie między mieszkaniem a stacją kolejową. Później przestał odwiedzać okolice dworca a na spacer chodził do Lidla, gdzie przynajmniej można było czasem spotkać kogoś znajomego. Teraz zaś z przyjemnością oglądał przesuwające się za szybą domki, w których tak kusząco kwitło życie zdrowych ludzi.
Wjechali w ulicę Sierakowskiego. Grzegorz odwrócił się z przedniego siedzenia.
– Patrz tylko, kolego Czarny, tu gdzieś na Sierakowskiego przed wojną Żyd Felner miał piekarnię. Tatuś mi jeszcze opowiadał. Zawsze powtarzał: „te dzisiejsze chałki to nie takie jak były u Felnera”. Nikt już o tym nie pamięta i nikogo to nie obchodzi. A jak nas teraz przyłączą do Warszawy, to za pięćdziesiąt lat ludzie nie będą pamiętali, że kiedyś w ogóle było jakieś Piaseczno. Zaparkuj przy placu Piłsudskiego, Szybki.
Samochód zjechał na pobocze i przystanął. Wysiedli. Dzień powoli dogasał. Sylwetka kościoła rysowała się ostro na tle pomarańczowych obłoków. Wysoko nad miastem wisiał już blady sierp księżyca, dziwnie wątły i nierzeczywisty w porównaniu z metalowym półksiężycem wieńczącym ratuszową wieżę. Wszystkie ławki otaczające plac były zajęte. Fontannę okupowała gromadka dzieci. Młodsze próbowały schwytać lśniące kolorowym światłem krople wody a później z piskiem chowały się za plecami rodziców. Starsze przebiegały odważnie między różnobarwnymi strugami nie zważając na przemoczone ubrania. Piski i okrzyki mieszały się z szumem rozmów dobiegającym od strony kawiarnianych ogródków.
– Choćby tylko dla tych dzieciaków warto było fontannę zrobić – uśmiechnął się Henryk. – Nigdy jeszcze nie przychodziłem tu wieczorem.
– A kościół, a nasz ratusz? – Grzegorz wskazał budowle oświetlone ostatnimi promieniami słońca. – A stara plebania? Piękne są. Mielibyście sumienie oddać to bez walki?
– Szkoda gadać; co robimy, komendancie? – zapytał Szybki.
– Do wozu! Najkrótszą drogą na Prusa, pokażę ci gdzie stanąć.
Samochód ruszył i okrążył plac. Po kilkuminutowym kluczeniu cichymi o tej porze uliczkami wjechali w ulicę Prusa. Obok szemrała rzeczka a większość stojących tu domów była nowa i zadbana. Minęli je, by zahamować przed zardzewiałym blaszanym garażem.
– To pana komendanta buda? – zdziwił się Szybki. – Ten rzęch?
– Nie moja tylko wydzierżawiona, ale na jedno wychodzi – odpowiedział Grzegorz mocując się z wielką kłódką. – Oficjalnie trzymam w niej stary spychacz; nikt tu nie wlezie, bo po co komu spychacz? Nikomu nie przyjdzie do głowy, że to nasz magazyn broni.
– Komendancie Wilk, chyba pan żartuje – syknął Henryk. – Jaka znowu broń?
Kłódka puściła. Grzegorz pchnął skrzypiące drzwi i zniknął w ciemności zalegającej wnętrze. Nagle pod sufitem zabłysła słaba żarówka. Henryk ostrożnie zajrzał.
– O ja to kręcę! – wrzasnął mu nad uchem Szybki i jednym susem wskoczył do środka.
Oparł obie ręce o wypełniający całe wnętrze obskurnej szopy krępy stalowy kształt. Oglądał go i głaskał. Henryk, któremu mowę odjęło, obserwował ze zgrozą tę scenę.
– Już wiecie, jaka broń? – zapytał z uśmiechem Grzegorz. – Broń pancerna.
– Ale to przecież nasz czołg, ten co stał na skwerze – gorączkował się Szybki. – Tu jest na pancerzu taka bulwa. Poznaję, bo kiedyś potknąłem się o nią i wybiłem sobie ząb. Później mama strasznie krzyczała na tatusia że mi pozwolił po czołgu łazić.
– Kolego Czarny, pan nie rozumie co ten czołg znaczył dla piaseczyńskich dzieciaków – wyjaśnił Grzegorz. – Kiedy pan przyjechał, to już go nie było. Ale przecież na nim wychowały się całe pokolenia! Wiedziałem, że w końcu go zabiorą, bo zewsząd zabierali te ruskie czołgi. Przygotowałem zawczasu garaż a później tylko musiałem wszystkiego dopilnować.
– No właśnie, pamiętam, że wujek… to znaczy pan komendant przesiadywał wciąż na skwerze. Nawet tatuś martwił się o pana komendanta, że tak wciąż tam siedzi.
Henryk pokręcił głową.
– Nie, to nie może być prawda. To chyba jakiś koszmarny sen. Jak pan go zdobył?
– Wszystko jest kwestią ceny – roześmiał się Grzegorz. – Dałem mój stary motocykl i skrzynkę wódki dźwigowemu, co zabierał czołg na platformę. Bardzo był zadowolony. Jeszcze mi go tu przywiózł i wstawił do garażu.
– Ale czy ten czołg jest sprawny? – rozgorączkowany Szybki chwycił Grzegorza za rękaw.
– Od paru lat przy nim dłubię i naprawiam, to chyba sprawny. Zresztą zaraz się przekonamy.
Henryk z niedowierzaniem obserwował tę scenę. Była tak groteskowa, że co chwilę machinalnie szczypał się w udo. Szarpały nim sprzeczne uczucia – czuł przerażenie a jednocześnie miał ochotę wybuchnąć śmiechem. Owszem, pragnął przygody, ale chyba nie aż takiej.
– Panowie, nie gorączkujcie się tak – poprosił. – Chyba nie doceniacie powagi sytuacji. Chcecie się bawić w czterech pancernych? Wystarczy, że ktoś zauważy a ciężko bekniemy wszyscy trzej! Przecież to kryminał!
– Ja właśnie chcę, żeby wszyscy mnie zobaczyli – zawołał triumfalnie Grzegorz. – Nie zamierzam się ukrywać. Plan jest taki: pojedziemy czołgiem na skrzyżowanie Okulickiego i Armii Krajowej. Tam stanę z lufą wycelowaną w stronę Warszawy. Zablokuję ruch. Wy wysiądziecie i wszystko z boku sfilmujecie. Później Szybki odwiezie Czarnego a film zaniesie do Polsatu albo do TVN – albo dla pewności do obu.
– A co będzie z wujkiem… to znaczy z komendantem? – zapytał Szybki. – Chce komendant walczyć?
Grzegorz roześmiał się znowu i poklepał go po ramieniu.
– Nie ma mowy o żadnej walce, działo jest zaślepione. Zresztą nie mam amunicji. Pewnie za jakieś dziesięć minut przyjedzie policja, za pół godziny siły specjalne. Będę straszył i stawiał żądania. Zanim zauważą, że ten czołg to kupa złomu, minie kolejne pół godziny. Zanim mnie zwiną – jeszcze z dziesięć minut. W międzyczasie będzie tu już tłum dziennikarzy.
– Wsadzą pana do więzienia – zawołał Henryk. – Choćby tylko za nielegalne posiadanie broni.
– Wsadzą i szybko wypuszczą bo jestem już stary a ten czołg bez amunicji to żadna broń. Mogą mnie najwyżej oskarżyć o wykroczenie drogowe. Zanim sąd się tym zajmie, miną lata. Może nie dożyję wyroku? Ale przynajmniej zmobilizuję opinię publiczną i poruszę sumienia mieszkańców Piaseczna. Nie bójcie się, was nie wydam.
– Ja się nie boję! – zawołał Szybki. – Będziemy sławni! No już – którędy jedziemy?
Grzegorz rozłożył na czołgowym błotniku wystrzępiony plan miasta.
– Najkrótszą drogą, prosto przez mostek i park do Chyliczkowskiej a dalej do Armii Krajowej. Mam bardzo mało paliwa, tylko jeden kanister, ale do skrzyżowania powinno wystarczyć.
– Tędy przez mostek do parku? – skrzywił się Henryk. – Przecież ten mostek pod dużym psem by się zawalił!
– Szybko przeskoczymy, nawet nie zdąży skrzypnąć – odpowiedział Grzegorz i wydobył skądś duży plastikowy baniak. – Zaraz zatankuję a ty siadaj na stanowisku kierowcy, Czarny, przypomnij sobie dawne czasy.
Henryk osłupiał. Szeroko otwartymi oczami patrzył na obu mężczyzn i mimowolnie pukał się w pierś wskazującym palcem.
– Mam być kierowcą? – wykrztusił wreszcie. – Ale ja nic nie wiem o prowadzeniu czołgu! Nie mam nawet prawa jazdy!
– Przecież sam mówiłeś, że służyłeś w broni pancernej – wycedził groźnie Grzegorz przysuwając twarz do jego twarzy. – Kłamałeś?
– No tak, niby służyłem w broni pancernej – wybełkotał Henryk. – Ale całą służbę spędziłem w magazynie mundurowym. Nie puścili mnie do czołgu bo byłem politycznie niepewny…
Przez długą chwilę w garażu panowało napięte milczenie. Nagle Grzegorz parsknął niepohamowanym śmiechem, za nim Szybki, wreszcie dołączył do nich Henryk. Ryczeli ze śmiechu, ocierali łzy, klepali wzajemnie po plecach. W końcu Grzegorz uspokoił się i głęboko odetchnął.
– No trudno, wobec tego sam spróbuję poprowadzić, ostatecznie niejedną godzinę spędziłem w tym złomie. To przecież niedaleko. Wy pojedziecie za mną samochodem, rozumiesz, Szybki? Czarny niech wszystko filmuje – kamera leży tu na półce.
– Tak jest, panie komendancie – wrzasnął Szybki, patrząc z uwielbieniem na dowódcę ale zaraz dodał: – A co tu pisze na wieży? OBOP? Przedtem tego napisu nie było.
– No właśnie, co ma do rzeczy Ośrodek Badania Opinii Publicznej? – zapytał Henryk.
– U nas to znaczy: Ochotniczy Batalion Obrony Piaseczna – odpowiedział dumnie Grzegorz, rzuciwszy w kąt pusty kanister. – Panowie, do maszyn!
Wdrapał się zwinnie na czołg i znikł we włazie. Słychać było, jak pobrzękuje czymś wewnątrz. Silnik zaczął rzęzić, stękać aż wreszcie zaskoczył. Gryzący niebieski dym wypełnił garaż.
– Czarny, bierz kamerę! – krzyknął Szybki i obaj pędem ruszyli do samochodu.
Czołg tymczasem drgnął, wolno wytoczył się z garażu i powoli zakręcił. Przejechał kilkadziesiąt metrów ulicą. Sapnął, zazgrzytał i żłobiąc w trawniku głębokie koleiny wpełzł na alejkę prowadzącą prosto do wątłego mostku. Wjazdu bronił tam samotny biało-czerwony słupek, tak cienki i bezradny wobec stalowego kolosa że aż Henrykowi zrobiło się go żal.
– Nie przejedzie, dupnie razem z mostkiem do Perełki – jęknął Szybki, zakręcając za czołgiem.
Czołg sunął coraz szybciej, szarżował triumfalnie z rozwianą kitą błękitnego dymu, wyciągając do przodu lufę jak husarską kopię. Widać było, że komendant rozpaczliwie usiłuje utrzymać w linii prostej rozpędzoną maszynę, której gąsienice rwały trawę porastającą pobocza. Wychylony przez okienko Henryk przyciskał do oka wizjer podskakującej kamery. Most był tuż tuż. Coś trzasnęło; biało-czerwony słupek przekoziołkował ponad samochodem. Gąsienice z przeraźliwym wizgiem otarły się o barierki i rozgięły je, wzniecając snopy iskier. Most boleśnie jęknął prawie ludzkim głosem, osiadając na dnie. Czołg zdążył jednak dosięgnąć drugiej strony. Mozolnie wdrapywał się na brzeg rzeczki.
Szybki zaklął i wcisnął pedał hamulca.
– Musimy jechać dookoła!
Tymczasem czołg był już na górze. Jednak zamiast kierować się w stronę niedalekiej szkoły, powoli skręcał nad staw. W jego silniku coś dziwnie stukało. Nagle prawa gąsienica poślizgnęła się na trawiastym zboczu.
– Jezu, co wujek robi! – krzyknął Szybki.
Przechylona niebezpiecznie maszyna zaczęła zsuwać się do stawu. Ciągnąc za sobą warkocz dymu brodziła w coraz głębszej wodzie. Pokrywa włazu odskoczyła i na pancerzu pojawił się Grzegorz. Potężnym susem przeskoczył mielące wodę gąsienice, lądując w głębokim mule tuż przy brzegu. Stanąwszy na baczność, zwrócił w stronę oddalającej się maszyny umorusaną smarem twarz i zasalutował, przykładając dwa palce do daszka bejsbolówki.
Czołg tymczasem był coraz dalej, parł zanurzony głębiej i głębiej, zostawiając na wodzie stawu potężne kręgi. Przerażone kaczki rozpaczliwie trzepotały skrzydłami. Wreszcie silnik zaczął się krztusić, przerywać, u wylotu rury wydechowej zabulgotała woda. Pancerny kolos ostatnim wysiłkiem wtargnął w gęstwinę sitowia otaczającego wysepkę i zamilkł. Ściana tataraku zamknęła się za jego wieżą. Jeszcze przez chwilę rozbrzmiewało tam nerwowe kwakanie, w końcu i ono umilkło. Grzegorz niezdarnie wyczłapał na brzeg. Głośno wytarł nos a potem przysiadł, by wylać wodę z butów. Henryk i Szybki wybałuszonymi oczami obserwowali go ponad ruiną mostku.
– Co się tak gapicie? – rzucił ostro. – Lewy drążek mi się zablokował. No trudno, tym razem nie wyszło, chociaż mało brakowało. Dobrze, że chociaż czołg jest ukryty w trzcinach. Musi tu zostać parę dni. Może uda mi się zmobilizować do OBOP jakiegoś płetwonurka?

Aktualizacje wpisu: